Nałogowo nie sypiam. Kradnę nocy czas brakujący na czytanie, na hobby, na się douczanie i się ćwiczenie,  na roz­mowy, na prze­rzucanie się krót­kimi tek­stami z grupą dal­szych i bliż­szych znajomych. Wyczekuję, aż powieki same opadną, na okazję do kon­taktu z tymi, których nie mogę mieć pod ręka, a bar­dzo bym chciał. 

Tak mam.

Nałogowo wciskam spust migawki. Bo lubię, bo chcę spróbować pokazać to co widzę, bo chcę coś utrwalić. Nawet jeżeli to niczego nie wnosi.  

Tak mam.

Nałogowo chcę czuć. Wszystko! Do cna. Jak  już to po uszy. Nawet jeśli to oznacza spalać się, trawić kwasem roz­terek, dusić nie­mocą i nie­moż­no­ścią… ale czuć.  Krzyczeć gdy coś jest nie tak. Piać w niebo gdy szczę­ście niepojęte…

Tak mam.

Nałogowo chcę być, wiedzieć i brać udział. Bo na zapas mi żal, że coś mnie ominie. Nie lubię nie wiedzieć co tracę.

Tak mam.

Nałogowo boję się coś spieprzyć. Tak… i na zapas czuję strach, bo nie daruję sobie potem, że coś prze­gapiłem. To obez­wład­nia czasem… ale…

Tak mam.

Nałogowo jem winogrona. Postaw­cie przede mną jeden owoc czy całą skrzynkę… zjem.

Tak mam.

Nałogowo wpadam w dygresje. Nie bój­cie się. Teraz tego oszczędzę, ale normalnie…

Tak mam.

Nałogowo prze­rywam i zagaduję na śmierć. Bo ja chcę dys­kusję naprostować i sprawę wytłumaczyć już! Tu! Teraz! Natychmiast! Zanim wątek odleci! I w szczegóły się wdawać, podawać przy­kłady. W pedagoga od sied­miu bole­ści się bawię.

Tak mam.

I tak bym pew­nie mógł wyliczać sporo małych i dużych nałogów. I waż­nych i drob­nych. Słabą silną wolą mnie natura obdarowała. Drobne pokusy, drobne przy­zwyczajenia, natręc­twa. To mój chleb powsze­dni. Bo jak rodzynki czy orzechy, to tylko po cztery, bo jak po schodach to tylko zaczynając prawą nogą. Bo jak do czegoś przy­wyknę i rap­tem jeden dzień przyniesie tego czegoś brak to czuję się nieswojo. 

Tak mam.

I teraz chyba w poważ­niej­szy ton uderzę. Tak czasem też mam. Bo robię czasem z igły widły i czepiam się i za ideami czy innymi ideałami uwiel­biam gonić. Tak! Tak mam!

Bo cieszę się, że omijają mnie te ważne nałogi i bar­dzo dziękuję za to losowi.

Na przy­kład nie palę. Tak mam. chciałem jako kil­kulet­nie dziecię co zapatrzone w palącą Mamusię też tak chciało. Mamusia dała dziecku w końcu pociągnąć, dziecko się porzygało i wstręt pozostał na następne trzydzie­ści lat. Lubię zapach tytoniu, smak fajki i cygar… Petów nie znoszę i już. 

A niech wokół mnie palą. Byle nie do prze­sady. Byle nie u mnie w domu, bo prze­siąk­niętych ubrań i ścian nie zniosę.

Nie bucham, nie wciągam. Tak też mam. Bo co to daje? Nie wiem… Próbowałem w czasach wczesno-studenckich… Na pal­cach jed­nej ręki mogę policzyć. A i to tylko zielę. Nic więcej nawet nie przy­szło mi do głowy próbować. Bo po co. Wspomagać się czym innym niż kawą i Red Bul­lem przed sesją? Wyrosłem z prób i jakich­kol­wiek chęci.

I nie toleruję u siebie w domu. Bo nie! U kogoś? Gdzieś? No cóż. Wol­noć tomku… twoje życie, ryzykuj jeślichcesz.

Z prak­tycz­nego punktu widzenia… No cóż. Jak bym miał póź­niej dziecku tłumaczyć z czystym sumieniem, że ma nie próbować, że proszki, drop­siki i ziele są z założenia złe? Gdybym nie daj boże teraz popalał czy był artystą czy yup­pie co zjeż­dża po białej łące?  No jak?

A jak złudne bywa poczucie kon­troli to wiem. Wystar­czy mi stoczonych znajomych, albo zbliżających się powoli i nie­zauważal­nie dla siebie, do krawędzi zza której o powrót już trudno. “Bo ja rzadko”, “Bo ja tylko trawę”, “Bo ja tylko na imprezie”, “Bo ja tylko kiedy prowadzić mam”, “Bo z tym impreza lep­sza”, “Bo…” Boś dur­niem i odmówić już sobie nie możesz?

Nie piję ina­czej niż towarzysko i koniecz­nie dla smaku. No nie umiem wypić alkoholu tylko dla szumu w głowie. Nosz… To musi mi  smakować. I dlatego miód. Dlatego wino. Dlatego kilka ulubionych piw. Dlatego, gdy ciepło, uszczęśliwia mnie w porze obiadu bez­al­koholowy Lech, bo istotą jest smak piwa nie szum.

Upijam się czasem. I owszem. W fer­worze imprezy, gdy jem  czy tań­czę. Latwo prze­gapić moment gdy się prze­sadzi. Na szczę­ście i to udaje się bez więk­szego bólu gdy muszę być trzeźwy jak skow­ronek bo prowadzę, bo rano wstaję… albo gdy po prostu nie chcę nic pić.

Tak. Bywa, że o jedno piwo prze­sadzę. Wtedy naj­czę­ściej włącza mi się smut, albo słowne ADHD. Marudzę, robię wyrzuty albo żalę się.

Nie rozumiem znie­czulającej funk­cji alkoholu. Nie rozumiem jak ma mi w czymś pomóc gdy jest mi źle… Jest mi po nim  jesz­cze gorzej. Nie jest lekar­stwem na smutki. Nie roz­weseli, nie przy­tuli, nie pomoże ani odrobinę. Wręcz prze­ciw­nie. Wpędziłby w jesz­cze więk­szy dołek…

Poza zimą gdy lubię smak grzanego miodu albo wina (ale może być korzen­nie doprawiony sok), albo latem gdy zimne pszeniczne piwo lub lampka zim­nego białego roz­cień­czonego ina jest zbawieniem,  to nie lubię nic pić sam. Zostawione po imprezie piwo kolegów zalega tygo­dniami albo i dłużej. Teraz na półce kwit­nie Ballantine’s kupiony dla gościa. Nie był ruszony… więc bez­piecz­nie leży i czeka na lep­sze czasy… bo nie lubię tego smaku i już.

Tak. Rozumiem socjalizującą rolę wspól­nego wypicia pokutującą w naszej kul­turze. Ale… bez wysiłku i żalu nie uczest­niczę w tym jeżeli nie chcę lub nie mogę. I nic mnie wtedy bar­dziej nie wkurza jak ciągłe namawianie i zawodzenie ” oh jaka szkoda!”, albo “pew­nie sie z nami zle bawisz nie pijąc, może jed­nak coś wypij?”. Nosz kurwa! Nie! Czy to jasne?!? Czy muszę czuć się winny, że ja nie mam zwyczaj­nie ochoty?

Nie rozumiem instytucji klina. Jak już mam kaca to sam widok czy zapach alkoholu powoduje u mnie mdłości.  

A dzisiaj, przy­znaję, zaim­ponował mi jeden kolega. On nie pije w inten­cji. Jestem w zasadzie ateistycz­nie nastawiony, a on wierzący, głęboko i poważ­nie trak­tujący wiarę, ale mimo mojego nastawienia podziwiam go. Zresztą tak chyba powinno być. On w każ­dym razie nie pije dla idei. Bo nie chce, nie lubi, ale też nie pije właśnie w inten­cji za kogoś. I jest z tym szczęśliwy i czer­pie z tego siłę na inne idee.

Tak ma. I za to go podziwiam.  Bo ja to robię dla siebie. Bo nie ulegając tym nałogom (w zasadzie bez wysiłku) czuję się lep­szy. Egoistyczne, ale dobre chociaż to…

I powiem jesz­cze jedno. Wkurza mnie i czasem śmieszy tłumaczenie na siłę czyichś nałogów. Kolegów, znajomych, mężów, swoich własnych. “Bo to nic takiego”, “Bo to pod kon­trolą”, “Bo jak zechce, to nie będzie”. Gówno prawda. To jest właśnie naj­lep­sza droga w dół. Mówienie sobie, że wszystko jest w naj­lep­szym porządku kiedy z boku wygląda inaczej.  

Ok… Dosyć. Dygresje, pouczenia.. Tak mam. Ale nie chc tu zrobić kącika AA czy Monaru. Nie temu ma ten blog służyć. Ot… Po prostu dzisiaj było o jedno piwo za dużo i mam słowotok i smut. I wplątałem tu pew­nie masę żali między wier­szami. Tak mam :) 

A słowotok.. Bo dzisiaj nie wygadałem się komuś komu zawsze… Bo się nie doczekałem… Wtedy tak mam. 

Jak to dzisiaj blip­nąłem: “Bo jak nie puk­niesz czasem w stół, to nożyce same się nie ode­zwą”. A jak puk­niesz… to brzdąkną z wyrzutem. 

Tak bywa.

Dobranoc. Ja pójdę poczytać. Noc jesz­cze długa. Dla mnie to w sam raz.

bookmark bookmark bookmark bookmark bookmark bookmark bookmark bookmark bookmark bookmark bookmark bookmark bookmark bookmark