Pod­sumowania są w modzie. Niechże i będą. Pod­dam się temu połowicz­nie. Nie pod­sumuję wiel­kich wydarzeń, bo nie skupiałem się nad nimi w tym roku. Zawodowo… cóż. Jest lepiej, jest mi dobrze tam gdzie pracuje, ale nie zrobiłem nic na tyle wiel­kiego, żeby było o czym trąbić. Pod­sumowanie ograniczę do upusz­czenia pary z siebie i imitacji spo­wiedzi z grzechu bycia tym kim się jest i robienia tego co się robi. Robiło może albo nawet zrobiło.

Prze­nicowałem sobie życie w stu procen­tach. Pierze się wysypało. Krzywd i zawodów przeze mnie spo­wodowanych nie zliczę. Miałem dużo… zostałem z niczym. Nie licząc paru namacal­nych rzeczy, które mam nadzieję dobrze spo­żyt­kuję. Wszystko to w imię poszukiwania szczę­ścia w świętym spo­koju, a potem w czymś bar­dziej ludz­kim, co przy­prawiało i przy­prawia mnie o brak tchu.

W zasadzie byłem szczęśliwy. Chyba nadal jestem, chociaż ten okres świąteczno-noworoczny jest gorzki i słony…

Mógł­bym góry prze­nosić. Tyle daje bez­graniczna wiara w kogoś, jed­ność, wzajem­ność i to “coś”. 

Ostat­nie miesiące 2008 roku były sielanką. Pełne nie­samowitego poczucia szczę­ścia, speł­niania i satys­fak­cji. Mimo, że nie było łatwo, a w zasadzie było bar­dzo trudno, ale tak sobie wybrałem… i warto było. nie­zależ­nie jak to się kiedyś skończy.

Dobra passa skoń­czyła się w zasadzie w pierw­szych dniach grud­nia. Week­end był szczęśliwy. Kolejny tydzień z okładem był już tylko znośny. Zbyt wir­tual­nie. Choroby do tego… Per­spek­tywa świąt i nowego roku, które przy­wykło się spędzać z ludźmi naj­bliż­szymi sercu w ich cieple, w obliczu pew­no­ści, że nie da się tego speł­nić, jest trudna do znie­sienia. Sam okres świąteczno-noworoczny okazał się jesz­cze bar­dziej kosz­marny niż sobie wyobrażałem…

Wtedy człowiek liczy na wspar­cie i jakąś rekom­pen­satę z e strony tych naj… Jak żony marynarzy czekające na telefon, na wieść, że są daleko ale są i myślą i gorzko żałują, że nie mogą być obok. To jest duże coś! Coś wiel­kiego, pomimo, że namiastka teoretycznie.

Za moje występki tegoroczne stałem się banitą. Rodzina, nie­którzy przyjaciele. Towarzystwa dziel­nie dotrzymywał kot. Poza tym była Pola w czasie kilku wspól­nych dni. Znam na pamięć każdy skrawek ścian i sufitów. Liczyłem słoje na par­kiecie żeby tylko odwrócić myśli. Wyłem, gryzłem poduchy i zaciskałem szczęki aż do bólu. Nigdy więcej nie chcę takiej koń­cówki roku.

Dzisiaj powoli upływają ostat­nie minuty 2008 roku i czuję, że te dziesięć dni prze­kreśliło całą radość z mijającego roku. Teraz wiem, że nie ma nic gor­szego niż bez­granicz­nie w kogoś wierzyć, ufać że będzie i się pochyli kiedy jest źle i ciężko i zawieść się na tym. Liczyć na drobny gest, na wysiłek, na chęci, które wcześniej oznaczały moż­ność za wszelką cenę a otrzymać setki wymówek i preten­sje za obar­czanie sobą… albo otrzymać ciszę…

Patrząc z boku… należała mi się taka kara. Fatalna koń­cówka w zamian za szaleń­stwa całego roku. Tyle, że od jed­nej ze stron, która mi ją wymierzyła spo­dziewałem się czego innego. Wzmożonego wysiłku i pomocy w prze­trwaniu… Praw­dziwych przyjaciół oraz praw­dziwe uczucia i chęci poznaje się w biedzie…

Szkoda…

Oby do następ­nego. Oby coś się zmieniło…

Bo ja głupi nadal wierzę, nadal czekam i nadal ufam. Pomimo, że wiem, że wcześniej niż jutro to raczej nic stam­tąd do mnie nie dotrze. Ani na ekranie, ani tym bar­dziej w słuchawce.

Koniec marudzenia. Trzeba prze­spać ten czas, żeby nie zwariować…

bookmark bookmark bookmark bookmark bookmark bookmark bookmark bookmark bookmark bookmark bookmark bookmark bookmark bookmark